Józef Jagielski

Józef Jagielski, ur. 20 marca 1934 r. w Ponikwi Małej, w powiecie ostrołęckim. Po przebyciu kolejnych etapów edukacji podstawowej i średniej (Szkoła Podstawowa w Pasiekach (1941-1948), Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące w Ostrołęce (1948-1952), dwuletnie Technikum Weterynaryjne w Łomży (1952-1954), trafiłem na Wydział Weterynarii SGGW w Warszawie (1954-1960). Pełen młodzieńczego entuzjazmu, z dyplomem lekarza weterynarii w kieszeni i po serdecznej rozmowie z ówczesnym powiatowym lekarzem weterynarii w Łomży wsiadłem do najbliższego autobusu jadącego do Kolna. Po prawie półgodzinnej jeździe trzęsącym się na wyboistej drodze autobusem znalazłem się na rynku powiatowego miasteczka, położonego na styku ówczesnej Białostocczyzny i Mazur. Kolno ! Ta nazwa zaistniała w mojej świadomości po raz pierwszy i miała pozostać na krótko, najwyżej na rok. Nigdy tu nie byłem. Wybrukowane „kocimi łbami” najważniejsze ulice i rynek, a w rynku najokazalszy budynek restauracji o atrakcyjnej nazwie „Turystyczna”. Wyszukałem jakieś banknot NBP i wszedłem żeby się czegoś napić. W gablocie za szybą sałatka śledziowa i jajko na twardo w pożółkłym i obsychającym już majonezie mogły zachęcić do konsumpcji tylko najbardziej zgłodniałych i zarazem odważnych. O tej porze lokal był niemal pusty, jeżeli nie liczyć kilku znużonych jeszcze ubiegłym dniem postaci siedzących przy jednym ze stolików. Ugasiłem pragnienie oranżadą i pospieszyłem do nieopodal stojącego budynku Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, w którym miał także siedzibę tamtejszy Powiatowy Zakład Weterynarii. Pan dr Szczepan Krasecki, kolneński powiatowy lekarz weterynarii przyjął mnie tak serdecznie, rzec by można wprost wylewnie, że w jednej chwili zapomniałem o wszystkich trudach i niedogodnościach tego dnia. Spojrzał w pewnym momencie na mnie, na moją nie najbujniejszą czuprynę i wysokie czoło stwierdzając proroczo: „pan…, panie kolego pasuje mi jak ulał do Łysych”. Nie zdążyłem nawet obronić się – że to nie łysina ale takie zakola i wysokie czoło, to mam od urodzenia – gdy po krótkim przedstawieniu dwóm podobnym do mnie młodym kolegom po fachu, stażystom, pędziliśmy jeszcze bardziej wyboistą drogą z Kolna do Łysych, kurpiowskiej wsi gminnej na granicy trzech województw: białostockiego, warszawskiego i olsztyńskiego. Tuż za wsią ukazał się moim oczom okazały, nie dawno wybudowany, pachnący jeszcze farbą, chociaż tu i ówdzie naznaczony już objawami braku należnej staranności ze strony gospodarzy budynek przychodni dla zwierząt. Największą jednak osobliwością były w tym obiekcie kontakty elektryczne i zwisające z sufitów przewody z oprawkami, ale bez żarówek. Już z nastaniem wieczoru – a przychodził on na początku lata późno – okazało się, że wprawdzie instalacja jest, ale wieś Łyse, podobnie jak większość Kurpiowszczyzny nie jest jeszcze zelektryfikowana. Od tej pory jeszcze długi czas lampa naftowa rozświetlała nasze życie w tym kawałku świata.

W roku 1960 rozpoczęto w województwie białostockim zakrojoną na szeroką skalę i kosztowną jak na te czasy akcję powszechnego badania bydła w kierunku gruźlicy i zwalczania tej choroby w pogłowiu zwierząt w gospodarstwach indywidualnych.

Otrzymałem pierwsze w mojej zawodowej karierze stanowisko kierownika „ekipy” oraz dwóch podopiecznych: technika weterynarii i kierowcę, który garbatą „warszawą” dowoził nas codziennie do określonej wsi. Potem już pielgrzymowaliśmy od zagrody do zagrody przemierzając w butach gumowych po kilka kilometrów dziennie. Tuberkulinizacja – bo tak nazywa się owo badanie – polegała na iniekcji śródskórnej u bydła w wieku od 6 tygodni oraz na odczycie wyniku po około 72 godzinach. Nie byliśmy postrzegani przez rolników życzliwie, a w przypadku konieczności eliminacji i wykupu sztuk z wynikiem dodatnim dochodziło niekiedy do gwałtownych reakcji ze strony hodowców. W ciągu 6 miesięcy tej pracy przemierzyłem niemal połowę powiatu kolneńskiego.

W 1961 r. zakończyłem obowiązujący mnie, jak i każdego młodego lekarza weterynarii, wstępny staż pracy i objąłem następne kierownicze stanowisko – kierownika Punktu Weterynaryjnego w Małym Płocku. W 1965 roku, po wybudowaniu i oddaniu do użytku Lecznicy dla Zwierząt w Kolnie przy ul. Aleksandrowskiej 1, przeniesiony zostałem na stanowisko ordynatora w tej lecznicy. Miałem przyjemność przez kilka lat być kierownikiem tej placówki, a następnie, krótko – kierownikiem Oddziału Terenowego w Kolnie WZWet. w Łomży. Do Wesołej (dziś najmłodsza Dzielnica Warszawy) wyjechaliśmy w maju 1976 r. Moja przygoda z Kolneńszczyzną zadekretowana na samym wstępie najdłużej na rok, trwała lat 16. Pamięć ludzka jest selektywna i zachowuje zwykle to co najbardziej chcemy pamiętać.

Moje kolneńskie lata były dla mnie nie tylko bardzo dobrym doświadczeniem zawodowym, które w różnej formie owocowało przez ponad 43 lata, ale nade wszystko okresem młodości oraz niezapomnianych przeżyć i doświadczeń. Spotkałem tu wielu wspaniałych ludzi. Także wśród rolników, dla których starałem się pracować w poczuciu jak najlepiej spełnionego obowiązku i z satysfakcją dla siebie. Wspomnienia i zawarte wówczas przyjaźnie pielęgnuję do dziś. Niemal co roku odwiedzam Kolneńszczyznę i cieszę oczy widząc jak pięknieje.

 Józef Jagielski

PS. Tu też zakiełkowały moje zainteresowania pozazawodowe: udział w grupie teatralnej prowadzonej przez p. Władysławę Kostiuk – nauczycielkę języka polskiego z miejscowego Liceum Ogólnokształcącego oraz fotografią i filmem amatorskim. W ramach współpracy z Powiatowym Domem Kultury ukończyłem pomyślnie dwuletnie studium fotografii i filmu dla instruktorów prowadzone przez Centralną Poradnię Amatorskiego Ruchu Artystycznego. Wcześniej wziąłem do rąk mój pierwszy sprzęt fotograficzny: polski małoobrazkowy „Fenix”, głównie dla diapozytywów, mieszkową „Ercona II do większych formatów oraz niemiecką lustrzankę „Practisix”, znakomity i wszechstronny aparat fotograficzny jak na lata 70. ubiegłego stulecia. Do rejestrowania otaczającej mnie rzeczywistości w ruchu służyła mi amatorska kamera na taśmę 2 x 8 mm m-ki „Quartz 2 M”. Chociaż dziś korzystam z doskonalszego sprzętu: lustrzanki f. Canon i kamery cyfrowej f. Sony to ten kultowy dziś już sprzęt, z jakiego korzystałem na początku jest ciągle sprawny i biorę go do ręki li tylko dla przyjemności potrzymania, bo wracają wtedy wspomnienia.

Komentarze są wyłączone.